Dwa dni temu przyjechały do mnie świeżutkie maliny, prosto z krzaczka. Większość z nich poszła do mrożenia, ale chciałam też zrobić mały garnuszek konfitury. Jak zwykle zasypałam owoce cukrem, pogotowałam trochę i wyłączyłam, dokończyć planowałam następnego dnia. Nie przewidziałam, że do kuchni zawita pewien „turkuć podjadek” i ani się obejrzałam a połowy mojej konfitury nieCzytaj dalej

0
Udostępnij